Krzysiek był wielkim, lekko przygłupim facetem o aparycji tankowca. Podobnie jak tankowiec ropą, Krzychu śmierdział wódą i "Saint Georgami", które nabywał na mecie u Kurkowej po 20 groszy za sztukę, bo szkoda mu było tracić pieniądze na cała paczkę "Fajrantów". Tak jak u czterdziestoletniego tankowca, tak też u Krzyśka jedyną rzeczą do której się nadawał był złom. I to w sensie dosłownym, gdyś Krzysiek był dumnym właścicielem szrotu znajdującego się nieopodal podstawówki na Złotnie.
Ku swej nieopisanej rozpaczy Krzychu był posiadaczem rodziny - bezużytecznej żony z którą nie wiedział już co robić (a gdyby nawet wiedział co, był zbyt głupi by wpaść na to "jak") oraz żałosnego syna mazgaja, którego bezskutecznie próbował wychować na prawdziwego mężczyznę, zwłaszcza po obaleniu flachy z kumplami...
Była niedziela, wieczór. 17:55, zaraz po mszy. Kilka babcioherów klepało jeszcze zdrowaśki w kościelnych ławach. Krzychu udawał się w stronę zakrystii.
- Cholerny gówniarzyna, ministrantem się być chciało... Jeszcze pedałem zostanie... - dywagował przy pomocy monologu wewnętrznego w próżni swego umysłu Krzysztof.
- Proszę... - usłyszał zza drzwi zanim jeszcze zdążył zapukać.
Proboszcz właśnie zdejmował stułę. Bez słowa wskazał Krzyśkowi miejsce na starym, lekko zapleśniałym krześle.
- Chciał mnie ksiondz widzieć... - rozpoczął ostrożnie. Nie wiedzieć czemu, proboszcz onieśmielał Krzyśka, co w jego wypadku było szczególnie dziwne w świetle tego, jak poprzedni proboszcz chodzący po kolędzie został przez urżniętego w trzy dupy Krzycha obrzucony lusterkami od Malucha.
- Tak tak, dziękuję, że przyszedłeś - powiedział Marius siadając obok - Chodzi o Twojego syna. To trzecia msza do której służył w tym miesiącu i trzecia, na którą przychodzi z podbitym okiem.
Marius nie patrzył na Krzyśka, zajęty szukaniem czegoś w leżącym obok lekcjonarzu. Mimo to Krzuchu zmieszał się jak - nie przymierzając - diabli.
- Ekhm.... tak, wie ksiondz. Te wszystkie bójki, koledzy... Próbowałem tysiąc razy tłumaczyć mu, że...
Marius zdawał się nie słuchać tej przemowy. Czytał, zmieniał strony, raz nawet ziewnął. Po trzech minutach przerwał Krzyśkowi.
- Powiedz mi, ile ważysz Krzychu? - zagaił beztrosko zamykając lekcjonarz
Zapytany zatkał się momentalnie patrząc na księdza z miną klasycznego ćwierć
- Noooo.....ze 90 kilo bedzie...
- Mhm... a ie waży Twój syn?
- Noo... ze 40... Ale co...
- To dość spora różnica, nie uważasz? - zapytał ze spokojnym uśmiechem Marius i nie czekając na odpowiedź dodał - W związku z tym radzę Ci, żebyś nastę
- Ksiądz mi grozi?!
- Nie, ja Ci obiecuję - odparł z uśmiechem Marius wskazując Krzyśkowi drzwi.
***
(Pałac Poznańskich, godzina 24)
- Znaleźliście ją?
- Tak, książę, ale...
Brwi Macieja Poznańskiego podążyły w przeciwległych kierunkach
-...Ale...? - Powtórzył po Sehonie, przeciągając ostatnią głoskę.
- Ale ksiądz i kundel...
- Dość.
Poznański wstał z fotela i podszedł do okna. Przez chwilę nikt się nie odzywał.
- Załatw to. Mam dość partactwa, którego doświadczam za każdym razem gdy spotykacie się z obłędem Malkaviana.
- Gwarantuję książę, że zajmę się tym osobiście - Sehon ukłonił się teatralnie, zdejmując kapelusz i zamiatając połą swego żygowo-morcznego płaszcza. Poznański posłał mu bardzo nieprzyjemne, przeciągłe spojrzenie.
- Nie masz innego wyjścia Sehon. Nie masz wyjścia.
***
(Złotno, godzina 1 w nocy)
Marius był zmęczony. Zszedł do małej krypty pod kościołem i zaczął szukać czegoś, co nie tak dawno miało im pomóc w wyprawie do Rumunii, a o czym przed wyjazdem bezmyślnie zapomnieli. Szukał i rozmyślał o gargantuicznych zombie na Białołęce, o dziwnych pieczęciach w Zgierzu, o Rumunii, o znikających kobietach i zapijaczonych idiotach, którzy nie powinni mieć dzieci. O Bogu, który wepchnął go w tę wyjątkowo groteskową formę pokuty, będącą wyjątkowo perfidnym pastiszem piekła. Myślał o tym czym jest. O tym, czego nienawidzi. I był zmęczony...
Złotno o pierwszej w nocy, wyglądało tak samo jak Złotno o drugiej w nocy oraz tak samo jak Złotno o północy. Spacerując tam o tych godzinach można dojść do przeświadczenia, że to właśnie tu Tim Burton kręcił sceny do pierwszych dwóch części "Batmana". Tej nocy było podobnie - cisza wylewająca się na wąskie uliczki między domami i slumsami, latarnie świecące słabym, psychodelicznym pomarańczowym światłem na wąski skrawek asfaltu wokół którego ciemność zamiast rozrzedzać się zdawała się gęstnieć. Nie było żuli ani zwierząt, samochodów, Batmana. Jedynie pięć postaci stojących wokół ciemnego kościoła
Marius siedział w pierwszej ławie przed ołtarzem w całkowitej ciemności, wpatrując się w starą, marną reprodukcję Matki Boskiej Częstochowskiej wiszącej nad tabernakulum. Widział, jak przez framugi okien i dziurkę od klucza w kościelnych drzwiach przepływa mgła, leniwie wypełniając wnętrze kościoła. Wstał, podniósł leżące obok niego berło i rozejrzał się wokół, po mozaikowej podłodze pokrytej całkowicie białym, gęstym puchem. I zaczął się śmiać...
- Na Boga, czy wy wszyscy kochacie się w tej jarmarcznej tandecie? - zapytał w próżnię, rechocząc obłąkańczo.
- Milcz, świrze - Odpowiedział mu Sehon, który pojawił się parę metrów przed nim równie niespodziewanie, jak niespodziewanie zniknęła mgła wypełniająca kościół jeszcze sekundę wcześniej.
Oprócz niego wokół Mariusa stali pozostali czterej.
- No no... Książę nie pochwaliłby takiego języka...zwłaszcza wobec duchownego... - zadrwił Marius, nie przestając się śmiać.
- Rzekłem "Milcz!" - odparł wampir, pretensjonalnie przeciągając sylaby - To czego nie pochwala książę zostanie ci uświadomione w pełnej rozciągłości. Widzisz kogo po ciebie przysłano, wiesz, że nie masz szans. Więc cokolwiek zamierzasz zrobić - przestań zanim zaczniesz.
- A co powiesz na modlitwę? - wypalił Marius zanim Sehon dokończył swoją kwestię. Nastę
Przez chwilę Złotno o pierwszej dziesięć w nocy pozostawał tym samym Złotnem, co Złotno o drugiej i Złotno o północy. W nastę
***
(Pałac Poznańskich, 1:25)
Przed wielką, żeliwną bramę zajechało czarne Audi TT. Zatrzymało się i otworzyło drzwi od strony pasażera, z którego to miejsca wysiadła postać w przepięknym, markowym dresie Adidasa, przeciwsłonecznych lenonkach, z "Białomorem" wetkniętym tam, gdzie niegdyś znajdowała się lewa dolna dwójka. Postać podeszła do bramy.
Korytarzem pałacu biegł Rabbi. Nikt z rodziny i służby księcia nie miał pojęcia dlaczego akurat ta ksywka przylgnęła do starego lokaja, ale wszyscy zwali go właśnie w ten sposób. Podobno jej genezę znał jedynie książę, a przed nim jego ojciec i dziadek, którym Rabbi również służył. Rabbi wiedział doskonale, że nie wolno przeszkadzać księciu o tej porze, w tym momencie, kiedy załatwia takie właśnie sprawy. Ale Rabbi wiedział też co usłyszał.
Drzwi do prywatnego gabinetu Macieja Poznańskiego otworzyły się raptownie. Stał w nich lokaj, na pozór spokojny, patrzący na trzech gości księcia siedzących przy brandy i omawiających z nim istotne kwestie. Poznański, ubrany w swój najlepszy garnitur przerwał najwyraźniej w pół słowa swą wypowiedź.
- Prosiłem, by mi nie przeszkadzano Rabbi...
- Proszę o wybaczenie, panie Poznański, ale mamy problem - odrzekł pozornie spokojnie lokaj.
Poznański spojrzał szybko na swych gości wpatrzonych z uprzejmym zdziwieniem na stojącego w drzwiach lokaja.
- Kern?
- Nie, proszę pana...
- Łowcy...?
- Gorzej. Rosjanie.
***







--
a skromnośc jest cechą, która mnie wzrusza
--
--
Bije czarna godzina, czarny dzień się zaczyna. Dajcie mi ludzie trzeźwi szklankę czystej poezji...
może dlatego ,zę nie są doskonałe jak u Baczyńskiego ,czy Herberta?
może dlatego ,ze wydają mi się bardziej ludzkie?
--
--
Bije czarna godzina, czarny dzień się zaczyna. Dajcie mi ludzie trzeźwi szklankę czystej poezji...
--
--
Bije czarna godzina, czarny dzień się zaczyna. Dajcie mi ludzie trzeźwi szklankę czystej poezji...
--
--
Bije czarna godzina, czarny dzień się zaczyna. Dajcie mi ludzie trzeźwi szklankę czystej poezji...
--
...Две кости и белый череп, вот моя эмблема!...
Previous Page123Next Page